Hania

Hania urodziła się 01 października.

Mój największy Skarb.

Moje wszystko.

Nie potrafię opisać słowami tego jak jestem szczęśliwa.

Kiedyś wydawało mi się, że mam wszystko. Teraz wiem, że bardzo się wtedy myliłam…bo tak na prawdę szczęśliwa i spełniona jestem dziś.

Hania jest urocza. Śliczna, zdrowa i bardzo grzeczna. Akurat dziś mija miesiąc odkąd jest z nami, a ja wciąż nie mogę uwierzyć, że ona na prawdę jest i to nie sen:D

Nie będę pisać o porodzie, bo to bardzo intymna i zarówno dla mnie jak i dla Maćka ważna chwila. Poród był długi i męczący, ale warto było – warto było czekać, by po 6 godzinach usłyszeć ten płacz… Płakaliśmy wszyscy, Hania, ja, Maciek i nasza kochana Pani Doktor:)

I w tym momencie najserdeczniejsze podziękowania i ukłony dla TEJ wspaniałej Kobiety, bez której pewnie bym nie dała rady…DZIĘKUJĘ!

Maciek jest zakochany w Hani na zabój. A przy tym tak fantastycznie odnalazł się w roli ojca, że jestem pod wrażeniem…

Uczymy się siebie nawzajem, każdego dnia czegoś nowego się o sobie dowiadujemy, poznajemy się coraz lepiej, bardziej…

Dobrze mi. Tak zwyczajnie, po ludzku. Tak dobrze, jak jeszcze nigdy… Tak, że zamykam drzwi na klucz i opuszczam rolety żeby nikt mi już tego nie odebrał….Nigdy.

Opublikowano Życie codzienne | 1 komentarz

Bliżej końca

Kiedy to zleciało?

Za nami już 30 tydzień. A ciągle wydaje mi się jakby to było wczoraj.

Haneczka ślicznie się rozwija. Mnie brzusio rośnie z dnia na dzień coraz bardziej. Sukienka oversize, którą kupiłam w ubiegłym miesiącu dziś zaczęła opinać brzuch i zrobiła się jakby przykrótka…

Czuję się wspaniale. Mam dużo siły i energii:)

Jutro ruszamy z Maćkiem nad morze…taki nasz wypad we dwoje – kto wie, może ostatni taki we dwoje:) Pierwszy raz od bardzo bardzo dawna spędzamy urlop w Polsce i muszę przyznać, że nie można narzekać:)

Byliśmy przez tydzień w górach, było pięknie…choć z moim brzuszkiem nie wszędzie mogliśmy się wybrać…ale mamy nadzieję kiedyś to nadrobić:)

Jestem tak szczęśliwa, że aż boję się o tym wspominać…

Opublikowano Życie codzienne | 2 komentarzy

Księżniczka

Pewnego dnia obudził mnie straszny ból brzucha. W ciągu kilkunastu minut byliśmy już w szpitalu. Wystraszyłam się okropnie, bo taki ból oznaczał dla mnie tylko jedno…ale na szczęście to był tylko fałszywy alarm.

„Pani Aniu, nie ma się czym przejmować. Z dzieckiem wszystko w porządku. To pani jest zestresowana i to poranne zajście jest najprawdopodobniej dlatego.”

Dla pewności moja Pani Doktor zostawiła mnie na obserwacji w szpitalu przez kilka dni. Dostałam zalecenia odpoczynku i cieszenia się z życia.

Więc poza porannymi mdłościami czujemy się od miesiąca świetnie. Chodzimy na spacery, odpoczywamy. Jeździmy na wycieczki. Zero stresu…coraz mniej pracy, bo mam jej oficjalny zakaz:)

To już połowa drogi za nami. Brzuszek coraz okrąglejszy, a ja coraz cięższa:D

Długo zastanawialiśmy się czy chcemy poznać płeć dziecka…w końcu Maciek nie wytrzymał i na badaniu połówkowym zapytał:)

Będziemy mieć Córeczkę.

Będzie mała Hania – po mojej Mamie.

A tymczasem powoli się zaczyna wszystko układać. Maciek pomaga mi w firmie, właściwie przejął większość moich obowiązków. Dba o mnie i kocha:)

Opublikowano Życie codzienne | Skomentuj

Fundamenty

Tak sobie dziś pomyślałam, że dla mnie taka więź ojca z dzieckiem jest podstawą. Jest czymś, co wpływa na to jak stabilne i pewne siebie będzie dziecko w przyszłości.

<Nie zrozum mnie źle, ogólnie ważna jest więź rodzicielska, ale ta ojciec-dziecko jest czymś fundamentalnym. Ja dziś jestem tym kim jestem dzięki mojemu ojcu, który codziennie rano, kiedy na mnie patrzył mówił „kocham Cię córeczko”. A dziś, kiedy mam już swoje lata i trochę przeżyłam wiem jak trudno jest facetowi powiedzieć „kocham” a tata robił to codziennie. Zawsze wspierający, zawsze ciepły, serdeczny, taki mam jego obraz przed oczami.

Kiedy byłam mała to powtarzał „załóż czapkę, bo się przeziębisz”, kiedy dorastałam powtarzał „wiesz, że gdyby ktoś Cię skrzywdził to ja mu połamię  kości…ale załóż czapkę przed wyjściem. Randka randką, a o zdrowie trzeba dbać”.  Kiedy szłam na pierwszą rozmowę kwalifikacyjną powiedział: „jesteś silna, piękna, mądra, zaradna – to nie Ty potrzebujesz tej pracy, tylko ta praca potrzebuje Ciebie”. Kiedy coś nie grało, miał zawsze jedno zdanie: „Pamiętaj, że do mnie zawsze możesz przyjść się wyżalić…zawsze będę po Twojej stronie”. W dniu mojego ślubu powiedział do mnie i mojego przyszłego męża: „to zarówno mój jak i Twój najpiękniejszy dzień w życiu. Dzisiaj mój największy skarb przekazuję w ręce innego mężczyzny – dbaj o nią, kochaj i szanuj i mów codziennie jak bardzo ją kochasz i jak jest wspaniała”…>

Wbrew pozorom nie jest to moja historia. To opowieść silnej, pięknej, mądrej kobiety. Matki. Kobiety, która wychowała się w domu w którym od dziecka budowano w niej poczucie własnej wartości, bezpieczeństwa, szczęścia.

Ja nigdy nie miałam z moim ojcem takiej relacji. Nie chcę powiedzieć, że nigdy, ale na pamiętam, żeby powiedział kiedyś głośno – „kocham Cię córeczko”. To co mi utkwiło w pamięci, to zdanie, które wypowiedział na jakiejś rodzinnej uroczystości – „wiesz ja zawsze chciałem żeby Anka była chłopcem”…

Nie czułam z jego strony tej miłości, ciepła. To nie był typ opiekuńczego ojca. I ja do tego przywykłam. Nauczyłam się radzić sobie sama. A brak miłości z jego strony wynagradzała mi czuła i kochająca Mama. Dopiero w dorosłym życiu przekonałam się, że to właśnie przez ten brak okazywanej z jego strony miłości i akceptacji ja nie potrafiłam w siebie uwierzyć. Nie potrafiłam się otworzyć na jakąś głębszą relację, na miłość. Przez długi okres mojego życia ciężko było mi zaakceptować to, że jest jakiś inny mężczyzna, który się o mnie troszczy, któremu na mnie zależy i który mówi do mnie „kocham Cię”…

Tak. To moja historia.

I mimo tego, że Mama była najwspanialszą i najukochańszą kobietą,która codziennie powtarzała mi, że jest ze mnie dumna i mówiła jak bardzo mnie kocha, i okazywał to na każdym kroku, to ja do dziś mam jakiś niedosyt – brak tej drugiej cząstki miłości.

Dziś leżę na kanapie, obok siada Maciek, przytula się do mojego brzuszka i mówi „kocham Cię kruszynko i bardzo bardzo na Ciebie czekam, wiesz?”

… rozpływam się….

 

Opublikowano Życie codzienne | Skomentuj

Czas zadumy

Kochani, na początku chciałabym Wam życzyć zdrowych, wesołych, rodzinnych pełnych uśmiechu, radości i cudownych nowin Świąt Wielkanocnych:)

Dla nas te Święta są wyjątkowe. Spędzane razem z najbliższą rodziną i przyjaciółmi. Ale i pierwsze wspólne, od początku do końca razem. Pierwsze z oczekiwaniem na kogoś Trzeciego:)

Ale i pierwsze dla Maćka. Bo spędzane z tej drugiej strony. Zupełnie inaczej przeżywane. Nie wiem czy trudniej czy łatwiej, ciężko mi to opisać. Na pewno dużo znaczące, tak jak ostatnie kilka dni.

Dla nas to przede wszystkim czas zadumy.

Dużo rozmawiamy. A teraz to najważniejsze, żeby być razem, żeby się wspierać. Żeby coś razem budować….

Jeszcze raz wszystkiego dobrego Kochani w te Święta!;)

 

Opublikowano Życie codzienne | Skomentuj

Wiosna!

Dzień dobry w ten piękny słoneczny poranek.

Mój dzień rozpoczął się już przed 7.oo. Obudziły mnie promienie słońca, które zakradły się pomiędzy zasłonami do naszej sypialni.  I pierwszy raz od bardzo dawna obudziłam się tak wyspana i z przeczuciem, że to będzie dobry dzień…:)

Wiosna sprawiła, że jestem coraz spokojniejsza i powoli zaczynam wierzyć, że będzie dobrze…

Siedzę na tarasie, wygrzewam się w promieniach słońca, piję ciepłą herbatę, podaną przez Niego i przyglądam się jak gania po ogrodzie z Sabą ciesząc się przy tym jak dziecko:)

…i tylko jeszcze co jakiś czas dotykam brzuszek, żeby się upewnić, że wszystko ok.

Maciek też oszalał na jego punkcie. Nieraz w nocy czuję jak głaszcze mnie po brzuchu i kilka razy już widziałam jak zaświeciły mu się oczy, kiedy mówił do tego kogoś w środku:)

 

Bałam się jak to będzie, kiedy Maciej już to swoje poprzednie życie zakończy, bo przecież on tak na prawdę zakopał za sobą wszystkie drogi. Odchodząc zaskoczył chyba wszystkich swoich kolegów, znajomych. Wszystkich. Bałam się, że po wszystkim zostanie sam. Że telefon nagle zamilknie, albo wręcz odwrotnie wszyscy będą go krytykować, szydzić…

Maciek odszedł. Coś za sobą zamknął. To prawda, koledzy przestali być kolegami. Zostali przyjaciele. Najbliżsi, najwierniejsi, prawdziwi. Została rodzina, która jest dużym wsparciem i dla której był to szok, ale od nikogo z nich nie usłyszeliśmy złego słowa.

Największym zaskoczeniem była dla nas reakcja naszych najbliższych znajomych, którzy zaczęli słać smsy i dzwonić, że jakby co to oni są, że dla nich nic się nie zmienia, że zawsze możemy na nich liczyć…że wszytko będzię dobrze.

Chyba też taka ich reakcja sprawiła, że było nam łatwiej zaakceptować tę sytuację. I Maćkowi było łatwiej, odnaleźć się w „tej nowej” rzeczywistości.

Chociaż pewnie minie jeszcze dużo czasu zanim ludzie ucichnie echo ludzkiego gadania. Ale, ja nigdy nie byłam typem człowieka, który się tym przejmował. A Maciek – cóż, to była jego dojrzała, przemyślana decyzja, do której jak sam powiedział długo dorastał. I postąpił w zgodzie ze swoim sumieniem.

Jedna z pierwszych naszych rozmów po tym jak tamten etap się zakończył brzmiała:

„…Ania, nie da się kochać dwóch osób tak samo. a myśl, że żadnej z nich nie możesz się oddać w zupełności jest najgorsza i najtrudniej z nią żyć. To nie jest tak, że nagle przestało mi na „pracy” zależeć i postanowiłem ją rzucić. Nagle zaczęło mi bardziej zależeć na Tobie. Myślałem o tym od tym od kiedy wróciliśmy z wakacji. Właściwie cały czas o tym myślałem. A kiedy powiedziałaś, że będzie ktoś jeszcze to wtedy wszystko było już jasne. I nic nie było taka ważne jak Ty. I nie jest. I nigdy nie będzie…”

 

Opublikowano Życie codzienne | Skomentuj

Najpiękniejszy dzień w życiu

Dziś mija 12 tydzień.

Byliśmy u lekarza. Pani doktor wykonała dziś badania prenatalne. Maluszek jest zdrowy, rozwija się prawidłowo, rośnie jak na drożdżach. A razem z nim ja:)

Do tej pory myślałam, że najpiękniejszy dzień w życiu już mam za sobą  – myliłam się, dziś jest ten dzień:D Dziś po raz pierwszy usłyszeliśmy bicie dziecka! Boże, jak ja się poryczałam:D W oku Pani doktor pojawiły się łzy, więc co dopiero ja:)

Maćkowi też zaświeciły się oczęta. Stał obok i bacznie obserwował monitor, a ja widziałam jaki jest poruszony, dumny, szczęśliwy…

Oboje jesteśmy. Najszczęśliwsi ze szczęśliwych. Bujamy w obłokach.  I tak nam z tym dobrze, błogo…

Powoli przyzwyczajam się do myśli, że będziemy mieć dziecko, chociaż ciągle jestem ostrożna i boję się jak jasna cholera. Dbam o siebie, oszczędzam się. Zwolniłam tempo pracy. Zrezygnowałam z prowadzenia wykładów i szkoleń, bo życie w ciągłym biegu i na walizkach nie jest teraz dla mnie. Rozkręciłam firmę, właściwie to moi wspaniali pracownicy ją rozkręcili. Jak na razie efekt przewyższył moje oczekiwania. Jeszcze kilka miesięcy temu spędzałam w pracy prawie 12 godzin. Teraz najchętniej nie wychodziłabym do niej wcale. Tak się potrafią zmienić priorytety:D

Maciek zaraz po tym jak dowiedział się, że będziemy mieli dziecko złożył podanie o zwolnienie ze stanu duchownego. To był szok dla wszystkich. Nawet dla mnie. Dużo rozmawialiśmy na ten temat, on sam miał dostatecznie dużo czasu, żeby wszystko sobie przemyśleć i poukładać w głowie. Któregoś dnia przyjechał do mnie i powiedział: „Podjąłem decyzję. Odchodzę”. Po kilku dniach stał w moich drzwiach z walizką.

Zamknął za sobą bardzo ważny etap życia.

Opublikowano Życie codzienne | Skomentuj

Walka o marzenia

Z godziny na godzinę, z dnia na dzień coraz bardziej dociera do mnie, że jestem w ciąży. Jestem tak szczęśliwa, że chciałabym skakać, fruwać, wykrzyczeć całemu światu tę cudowną nowinę.

Od tygodnia nie robię nic, tylko czytam, czytam, czytam. Przeglądam internet, wykupiłam pół księgarni książek o ciąży.

Budzę się rano i szczypę się, żeby sprawdzić czy to wszystko to aby nie sen. Ale nie, to prawda:D Powoli też zaczynam odczuwać poranne mdłości. A może czułam je już dawno, zanim się dowiedziałam, że to ciąża.

Pierwsza dowiedziała się Ala. Właściwie dlatego, że spotkałyśmy się pod przychodnią. Poszłyśmy na obiad. Nic nie zjadłam bo nie byłam w stanie. Pierwszy raz od niepamiętnych czasów nie zamówiłam kawy. Ala spojrzała na mnie i zapytała mnie co mi jest, „bo przecież ty jesteś uzależniona od kawy, a od kilku dni widzę, że zupełnie nie masz na nią ochoty…”

- Ala, ja sama w to nie wierzę, ale byłam u lekarza, zrobiłam badania…i jestem w ciąży. To 6 tydzień. Ciąża przebiega prawidłowo… i tutaj głos mi się załamał…

- Ale jak to?! Przecież Ty mówiłaś, że nie możesz mieć dzieci. Że wtedy…że ten lekarz powiedział… <…> … Jezu kochana! Tak się cieszę!!!:D Ty tak bardzo o tym marzyłaś! Widziałam jak Ci było ciężko… O matko! Nie mogę w to uwierzyć!:D Ale supeer! Zobaczysz, wszystko się ułoży. Będziesz super mamą. A Maciek jak się ucieszy!!!
Wiesz co, jak byłaś u mnie ostatnio i tak gadałyśmy o tych objawach i wtedy po raz pierwszy nie wypiłaś u mnie kawy od niepamiętnych czasów to pomyślałam, że ja takie same objawy miałam za każdym razem kiedy byłam w ciąży…ale nie powiedziałam Ci tego, bo nie chciałam Ci robić przykrości. Jejku, kochana Ty całe życie myślałaś, że nie możesz mieć dzieci…a teraz…siedzisz przede mną:D

…ten mowo-tok trwał jeszcze chwilę. A mnie po policzkach po prostu płynęły łzy. Łzy szczęścia. Radości. Spełnienia najskrytszych marzeń. Ale też łzy ogromnego strachu, przerażenia, po prostu milion myśli w głowie…i ten nieodłączny strach, że już raz się nie udało.

-Tak bardzo się boję Ala!

-Przestań głupia! Wszystko będzie dobrze. Tylko tak masz myśleć, rozumiesz? Tylko tak.

Maciek przyjechał do mnie tego samego dnia późnym wieczorem. Siedziałam otulona kocem. Tysiąc myśli w głowie. Jak mam mu to powiedzieć…

Usiadł na podłodze, naprzeciwko mnie. Głowę oparł o moje kolana i pyta „Mała, co jest?” Byłaś na badaniach? Miałaś się odezwać, jak wyjdziesz od lekarza. Martwiłem się. Musiałem wpaść.

-…Maciek, jestem w ciąży. To 6 tydzień…

Chyba miał taką samą minę jak ja wtedy w gabinecie. Zbladł. Patrzył na mnie przez dłuższą chwilę bez słów… i w końcu wyszeptał „To cudownie…:D” Jejku, jak się cieszę, to było Twoje marzenie!

Jeszcze długo potem rozmawialiśmy. O tym, co powiedział mi wtedy w Rosji lekarz,  o tym, co powiedziała Pani Doktor. A przede wszystkim o tym co będzie dalej…

Codzienne, długie niekończące się rozmowy…i przyjmowanie do wiadomości, że będziemy mieli dziecko.

Dziś podjęliśmy decyzję co dalej. Ja na pewno muszę przestać pracować. Niczego bardziej nie pragnę jak tego, by ta istotka pojawiła się na świecie.

Odbyłam kilka rozmów z Panią Doktor, przemiłą kobietą, która bardzo się zaangażowała w to, byśmy tę ciążę utrzymały. Bardzo mnie uspokoiła. Wyjaśniła wszystkie wątpliwości, a przede wszystkim słowa lekarza z Moskwy.

- Pani Aniu, faktycznie, w pani przypadku mogło być tak, że po tak ciężkich przejściach, po trudnym poronieniu pani jajniki mogły na ten czas wyglądać jak takie, które nie będą w stanie wyprodukować komórek jajowych zdolnych do zapłodnienia, a przede wszystkim do utrzymania ciąży. Ale minęło wiele czasu, pani organizm jest silny, zdrowy… Powiem tak, czasami, jeżeli kobieta czegoś bardzo pragnie to zdarzają się takie cuda. Matka natura rządzi się swoimi prawami. Obiecuję pani, że zrobimy wszystko, żeby się to marzenie pani spełniło. Ja sama jestem kobietą, która 14 lat starała się o dziecko. Proszę mi wierzyć, jestem lekarzem. Widziałam swoje wyniki badań, wiedziałam, że zajście w ciążę jest praktycznie niemożliwe. Ale się udało. Dzisiaj jestem mamą bliźniaków. I urodziłam je naturalnie, w wieku 42 lat…

Postanowiłam sobie, że przestanę się zamartwiać. Bo to niczemu nie służy. Skupiam się na sobie i na ciąży. Choć jeszcze nie umiem powiedzieć BĘDĘ MAMĄ

Czas. Czas na poukładanie spraw i dalszego życia….teraz to mi najbardziej potrzebne:)

 

 

Opublikowano Życie codzienne | 3 komentarzy

CUD

To co dzieje się w ostatni czasie w moim życiu to CUD. Bo inaczej nazwać tego nie mogę.

Od kilku tygodni kiepsko się czułam. Ogólne rozbicie, nudności, senność na przemian z rozdrażnieniem i wybuchami złości. Najbardziej obrywał Maciek, za co nie raz w ciągu dnia go przepraszałam:)

Tłumaczyłam to sobie zabieganiem, brakiem czasu dla siebie i wiecznym zapracowaniem. Rozwijam nowy biznes, poszłam w tematy, które nie ukrywam są dla mnie nowością. Ale jednocześnie wiem, że to może wypalić, bo mam super zespół, młodych, zdolnych, wykształconych i piekielnie inteligentnych ludzi. Ludzi z pasją i chęcią tworzenia czegoś od podstaw. Ludzi, którzy wkładają w pracę całe swoje serce, ale przede wszystkim jest to ekipa, która od samego początku się ze sobą zaprzyjaźniła. Niesamowite jest to, że nawet po pracy oni wychodzą razem do kina, na basen czy ściankę. Nigdy nie są sobą znudzeni. Uwielbiam ich po prostu:)

Dolegliwości jednak od dłuższego czasu się nasilały. Któregoś dnia, wracając do domu pomyślałam, że pewnie wkraczam w okres przekwitania. I tak to sobie tłumaczyłam. I Alicji też tak to tłumaczyłam, kiedy wysyłała mnie na badania i do lekarza.

-Kochana, nie ma się co oszukiwać, jesteśmy już po 40…menopauza to najbardziej prawdopodobna diagnoza jaką dostanę u lekarza. Zresztą, mam wszystkie objawy. Skwitowałam i zakończyłam temat.

Ale Maciek nie odpuścił. Następnego dnia byłam na badaniach. Umówiłam się też rutynowo do mojej pani ginekolog, zrobić jak co roku „przegląd techniczny” jak ja to mawiam.

- Pani Aniu, jest pani w ciąży. To 6 tydzień. Ciąża rozwija się prawidłowo.Gratuluję.

Usłyszałam i zamarłam.

-Pani doktor, ja nie mogę mieć dzieci. Przecież pani wie. Od bardzo dawna. Kilkanaście lat temu poroniłam. Lekarz, który mnie wtedy badał powiedział, że nie ma możliwości bym jeszcze kiedykolwiek mogła zajść w ciążę. Poza tym ja mam prawie 44 lata. W tym wieku prawdopodobieństwo zajścia w ciążę ile wynosi u zdrowej kobiety? 5%? Pani doktor, to żart albo pomyłka. Bardzo proszę jeszcze raz mnie zbadać. To musi być pomyłka.

W tym momencie pani doktor pokazała mi obraz z USG. W jednej chwili miałam wrażenie, że serce przestało mi bić.

- Pani Aniu, ja się nie pomyliłam. Jest pani w ciąży. To prawda, że szanse na zajście w ciążę w pani przypadku były nikłe i proszę mi wierzyć, badanie trwało tak długo, bo sama musiałam się upewnić na 100%. Jest pani w ciąży.

Nie potrafię opisać tego czasu od momentu, kiedy spojrzałam na monitor i jeszcze bardzo bardzo długo potem…

Szok, niedowierzanie…radość, strach? Nie wiem co mi towarzyszyło. Pamiętam tylko ostatnie słowa pani doktor: „Od teraz zaczynamy dbać o siebie i o maluszka. Pani Aniu, mogę to powiedzieć. To jest cud. Od dzisiaj zmienia się całe pani życie. Obiecuję, że zrobię wszystko, żebyśmy walkę o ten cud wygrały”.

Od tego dnia minął prawie tydzień. Od tygodnia wiem, że jestem w ciąży. To prawie 7 tydzień. Jestem niewyobrażalnie szczęśliwa ale jednocześnie tak bardzo się boję…

Opublikowano Życie codzienne | 1 komentarz

Jaś i Małgosia

Janek i Gosia znali się od czasów studiów.Kończyli ten sam kierunek. Zakochali się w sobie jednak dopiero na balu absolwentów. I tak też zostali razem. Wyprowadzili się do Gdańska. Tam rozpoczęli pracę w zawodzie. Gosia zajęła się projektowaniem witryn internetowych Janek dostał pracę jako informatyk w dużej firmie korporacyjnej. Bardzo dużo pracowali. Żeby się dorobić, żeby kupić mieszkanie. Udało się. Kupili mieszkanie. W życiu zawodowym same sukcesy. Od lat starali się o dziecko.  Nie wychodziło. W końcu poszli do lekarza. Po licznych badaniach i konsultacjach zapała diagnoza, nie mogą mieć dzieci.

Gosia się załamała. Dostała depresji. Było bardzo ciężko. Odsunęła się od Janka. Przestałą chodzić do pracy, przyjmować lekarstwa. Zamknęła się w sobie i w czterech ścianach.

Po roku czasu, od dnia kiedy dowiedzieli się, że nie będą mieć dzieci wzięli rozwód. Gosia powiedziała, że nie może dłużej żyć z Jankiem. Wyjechała z Gdańska. Ślad po niej zaginął. Janek nie mógł znieść rozstania. Sprzedał mieszkanie. Zaszył się w pracy na całe lata. Z żadną kobietą związek nie przetrwał dłużej niż kilka miesięcy. W końcu przestał się z nimi spotykać.

2 lata później spotkał ją na szkoleniu, na które wysłał go szef. Prowadziła je Gosia. Po tym jak wyjechała z Gdańska zmieniła całe swoje życie. Pracę, wygląd, otoczenie.

Po szkoleniu poszli razem na kolację. I tak już razem zostali. Stwierdzili wspólnie, że rozwód to była najgorsza decyzja jaką mogli podjąć. Jednak oboje byli na tyle zawzięci, że nie odważyli się do siebie odezwać przez te dwa lata. Zamieszkali razem. Zaczęli wszystko od nowa. Kupili nowe mieszkanie. Po konsultacji z jednym z profesorów pojawił się cień nadziei, że mogą mieć dziecko. Skorzystali z in vitro. Po roku prób i starań Gosia zaszła w ciążę. Urodziły się bliźniaki. Podwójne szczęście. Jaś i Małgosia. Nareszcie stworzyli jedną pełną rodzinę. Spełnieni i szczęśliwi. Od tamtego czasu minęło 6 lat.

W ubiegłym tygodniu Janek zginął w wypadku samochodowym. Jechał wieczorem do pracy po dokumenty, których zapomniał zabrać z biura. Na zakręcie wpadł na niego rozpędzony tir, w którym pękła opona. Janek w stanie krytycznym trafił do szpitala. 6 godzinna operacja nie przyniosła pomocy. Na stole zatrzymał się dwa razy. Zmarł nad ranem następnego dnia. Gosia dzień wcześniej wyleciała do Londynu na szkolenia. Dzieci zostały z nianią, bo przecież miał tylko odebrać dokumenty i wrócić do domu. Obiecał bliźniakom bajkę na dobranoc.

Nieopisywalna tragedia. W ciągu jednej chwili skończyło się szczęście. Gosia jest załamana. Nawet nie znajduję słów by opisać stan, w którym ta kobieta aktualnie się znajduje. Żyje tak jakby nie żyła. Dzieci wiedzą. Dużo rozumieją. Cierpią. Tęsknią. Czują się zagubione. Rozczarowane.

Bo ktoś zabrał im wspaniałe dzieciństwo. Tatę. Radość, szczęście, nieopisaną miłość…

Opublikowano Życie codzienne | Skomentuj